Na co dzień chyba najbardziej fascynuje mnie fotografia uliczna. To właśnie ona nauczyła mnie patrzeć uważniej — szukać obrazów ukrytych w zwyczajności, dostrzegać krótkie momenty, które za chwilę znikną bezpowrotnie. Spacerując ulicami, uczymy się wyłapywać fragmenty wielkiej układanki, jaką jest świat, i składać je w opowieści. Każde reporterskie ujęcie staje się wtedy próbą pokazania emocji, które nosimy gdzieś głęboko w sobie.
Z czasem jednak rodzi się potrzeba stworzenia czegoś bardziej osobistego. Pojawiają się obrazy, które istnieją najpierw w wyobraźni — fotografie, których nie da się znaleźć przypadkiem. Tak narodził się pomysł na sesję, o której marzyłam od dawna. Gorąca Hiszpania. Flamenco. Tancerka, która wygląda tak, jakby muzyka płynęła w jej żyłach.
Carolina była dokładnie taką bohaterką. Tancerka flamenco — pełna ekspresji, dumy i emocji zapisanych w każdym ruchu dłoni. Postawiłam sobie wyzwanie: stworzyć jej portrety, które nie będą jedynie zdjęciem pięknej kobiety, ale obrazami oddającymi ducha flamenco. A to nie jest łatwe zadanie. Flamenco nie polega wyłącznie na ruchu. To napięcie mięśni, spojrzenie, rytm kroków i atmosfera miejsca, z którego ta sztuka wyrasta.
Dlatego od początku wiedziałam, że przestrzeń będzie równie ważna jak sama modelka. Szukałyśmy miejsc prawdziwych — białych ścian pokrytych odrapanym tynkiem, wąskich uliczek pachnących południem, ceramicznych doniczek zawieszonych na murach i prania suszącego się nad głową. Chciałam, by każde zdjęcie wyglądało jak fragment opowieści zapisanej gdzieś pomiędzy światłem Andaluzji a dźwiękiem kastanietów.
Do tej sesji wybrałam aparat Fujifilm X-T4 oraz obiektyw Sigma 15mm F1.4 DC. Wielu fotografów powiedziałoby, że szeroki kąt nie nadaje się do portretów. Ja widzę to inaczej. W szerokim kadrze człowiek nie jest wyizolowaną sylwetką — staje się częścią większej historii. A właśnie o taki portret mi chodziło.
Ultraszeroki obiektyw pozwolił mi objąć całą architekturę hiszpańskich uliczek i jednocześnie podejść bardzo blisko Caroliny. Na jednym ze zdjęć stanęła centralnie w niszy ozdobionej rytmicznym wzorem płytek. Dzięki szerokiemu kątowi mogłam zachować idealną symetrię łuku, a jednocześnie podkreślić gest jej wyciągniętej dłoni. Dłoń stała się niemal trójwymiarowa, dominująca, pełna ekspresji — jakby wychodziła poza fotografię.
Fotografując z bardzo bliskiej odległości i często z niskiej perspektywy, świadomie wykorzystywałam deformację perspektywy. Linie ścian zbiegające się ku górze prowadziły wzrok widza prosto do bohaterki kadru, a ruch Caroliny nabierał teatralnego charakteru. To właśnie ta kontrolowana deformacja stała się środkiem wyrazu, a nie błędem technicznym.
Na innym zdjęciu Carolina stoi pośród białych, surowych ścian patio. Nad nią rozwieszone pranie — zwyczajny element codzienności. I właśnie ta codzienność była dla mnie ważna. Flamenco nie istnieje w oderwaniu od życia. Rodzi się z emocji, pracy, gorąca ulic i domów pełnych historii. Centralne ustawienie modelki pozwoliło uniknąć nadmiernych zniekształceń, a szeroki plan sprawił, że widz nie tylko ogląda fotografię, ale ma wrażenie, jakby wszedł do świata tancerki.
Podczas całej sesji pracowałam bardzo blisko Caroliny. Dzięki temu emocje pozostały czytelne, a gesty i spojrzenia stały się osią narracji. Tło dopełniało historię, ale jej nie dominowało. Taka praca wymaga jednak czegoś więcej niż techniki — wymaga zaufania. Fotograf, który wchodzi w osobistą przestrzeń modelki, musi stworzyć atmosferę bezpieczeństwa i współpracy. Dopiero wtedy można uchwycić prawdziwe emocje.
Ogromnym wsparciem podczas sesji okazał się również autofokus obiektywu Sigma 15mm F1.4 DC. W połączeniu z Fujifilm X-T4 działał niezwykle płynnie i precyzyjnie, nawet podczas dynamicznych ruchów tancerki. Przy flamenco wszystko dzieje się szybko — obrót, ruch sukni, nagły gest dłoni. Sprzęt musi nadążać za emocją. I właśnie wtedy technologia przestaje być widoczna, a zostaje tylko fotografia i historia, którą opowiada.
Pamiętajmy, że fotografia zaczyna się jednak dużo wcześniej niż w chwili naciśnięcia migawki. Rodzi się z ciekawości świata, z uważnego patrzenia i odwagi, by realizować własne pomysły — nawet te, które początkowo wydają się niemożliwe do zrobienia. Każdy spacer ulicą może stać się początkiem nowej historii, a każda wizja, która pojawia się w głowie, zasługuje na to, by spróbować zamienić ją w obraz.
Dlatego warto szukać swoich kadrów. Wychodzić z aparatem nawet bez konkretnego planu. Obserwować światło, ludzi, emocje i miejsca. Eksperymentować ze sprzętem, perspektywą i własną wrażliwością. Bo najlepsze fotografie często powstają wtedy, gdy przestajemy bać się próbować.
Być może właśnie gdzieś za rogiem czeka kadr, który od dawna nosisz w wyobraźni. Trzeba tylko po niego sięgnąć. Próbujcie, zachęcam !
Hanna Wierzbicka – śląska fotografka, która w swojej twórczości łączy portretowanie ludzi z reporterską ciekawością wobec społeczeństwa i kultury. Jej zdjęcia wyróżniają się nie tylko umiejętnym uchwyceniem emocji i ulotnych momentów, ale także wyrazistą kolorystyką, mistrzowską kompozycją i precyzyjnie operowanym światłem, nadającym im niemal filmowy klimat.
Swoją drogę rozpoczęła od fotografii stylizowanej, jednak z czasem coraz bardziej fascynowało ją to, co prawdziwe. Dziś fotografuje to, co jest jej bliskie i co naprawdę ją porusza. Dzięki temu jej obrazy są szczere, zaangażowane i pełne autentyczności – to osobista opowieść o świecie, którego sama jest częścią.
Równocześnie pracuje nad kilkoma projektami – m.in. portretami osób oraz opowieściami o relacjach „zwykłych–niezwyczajnych”, w których codzienność nabiera głębi i wyjątkowego znaczenia.



