Checklist przed wyjazdem – co zabraliśmy na fotograficzną wyprawę?
Przeszywający ryk budzika przeciął delikatny spokój nocy. Ręka bezwiednie wylądowała na smartfonie, zbliżając jego rozświetlony ekran do twarzy. Cyfry układały się w bezbożny układ informując, że właśnie wybiła czwarta nad ranem. Pomimo nieodpartej chęci, by wprawić alarm w stan drzemki, skupiłem wszystkie pozostałe w gotowości pokłady silnej woli, by stuknąć palcem w przycisk “Wyłącz”. Głuche jęknięcie stało się towarzyszem podczas krótkiej podróży z pościeli do pozycji stojącej. Cóż poradzić? W końcu każdy przechodzi wyprawy po swojemu. Tym razem mieliśmy bardzo dobry powód, by spędzić resztę dnia na lekkim niedospaniu.
Poranna toaleta, kojący smak kawy, lekkie śniadanie. Nim się zorientowałem, telefon powiadomił mnie, że do wyjścia z domu pozostało nam równo pięć minut. Był to czas na sprawdzenie stanu plecaków i toreb, bez których praktycznie nie ruszaliśmy się z domu. Remanent przebiegał w rutynowym tempie. Latarki czołowe, trzy litry wody na osobę, ubrania na zmianę. Buty trekkingowe miały swoje stałe miejsce w bagażniku samochodu, co oczywiście również podlegało późniejszemu sprawdzeniu. Położyłem plecak na grzbiecie, otwierając główną przegrodę. Ze środka spoglądało na mnie dwóch głównym asystentów tej podróży: SIGMA 24-70 mm F2.8 DG DN Art II oraz SIGMA 70-200 mm F2.8 DG DN OS Sports. W dwóch oddzielnych torbach znajdował się dron oraz kolejny cichy bohater naszego wypadu, czyli SIGMA BF wraz z zamontowanym do niej obiektywem SIGMA 35 mm F2 DG DN Contemporary. Kiwnąłem lekko głową w cichej aprobacie, kończąc tym samym inwentaryzację.
– Gotowa? – spytałem się żony.
– Jedziemy – potwierdziła Sylwia.
Dlaczego Półwysep Św. Wawrzyńca na Maderze przyciąga fotografów?
O ponownej wyprawie na Maderę dyskutowaliśmy praktycznie od zakończenia poprzedniej wizyty na tej wyspie, czyli od blisko trzech lat. Chcieliśmy wycisnąć z niej jak najwięcej się da, na ile oczywiście pozwoli zakres czternastu dni i limity naszych ciał wystawionych na wieczne wstawanie przed świtem i kładzenie się spać na długo po zachodzie. Noce w czerwcu są bardzo krótkie, więc po którymś dniu z kolei zaczęliśmy odczuwać efekty spania po parę pojedynczych godzin dziennie. Mimo to motywacja nie dawała za wygraną. Mieliśmy prostą zasadę, aby nie odwiedzać dwukrotnie tych samych miejsc i starać się nie zajeżdżać w te, które odwiedziliśmy przy poprzedniej wyprawie. Było jednak od tego kilka wyjątków, a jednym z nich był cel naszej wyprawy tamtego dnia. Półwysep Świętego Wawrzyńca.
Trasa samochodem z mieszkania do punktu rozpoczynającego szlak trwała około pół godziny. Ulice były puste. Nawet w okolicach lotniska nie towarzyszyło nam na drodze nic, oprócz ciszy kończącej się powoli nocy. W oddali, gdzieś na tafli oceanu migotało rytmicznie światło. Była to latarnia morska ulokowana na samym końcu półwyspu, niedostępna dla pieszych chcących się zmierzyć z surowością terenu. Nim się zorientowaliśmy, byliśmy już u celu. Owalny parking rozpoczynający szlak gościł zaledwie parę samochodów. Był to nietypowy widok, ponieważ przyjeżdżając tu zaledwie trzy godziny później można było doświadczyć niekończącego się pasma pojazdów ciągnącego się przez dobrych kilka solidnych kilometrów. Nic dziwnego – Święty Wawrzyniec jest obok słynnej trasy PR1 jednym z najbardziej popularnych miejsc na całej wyspie. Jeśli jednak poświęciło się te parę godzin snu, można go było doświadczyć praktycznie w odosobnieniu.
Poranny start szlakiem Ponta de São Lourenço – idealne warunki do zdjęć
Zaparkowaliśmy samochód parę metrów od początku trasy. Sylwia rozdała latarki, które wylądowały na naszych czołach. Uiściliśmy nową, nieistniejącą jeszcze trzy lata wcześniej, opłatę za wstęp, po czym ruszyliśmy przed siebie. Czekało nas półtorej godziny żwawego chodu. Sam szlak nie należy do tych wypruwających płuca z klatki piersiowej. Bynajmniej nie o tej godzinie. Rodeo zaczyna się dopiero później. Cały półwysep praktycznie nie posiada miejsc zacienionych i znajduje się na wschodnim krańcu wyspy, co w połączeniu daje dość dyskusyjnie przyjemne połączenie porównywalne do smażenia plastrów boczku na rozgrzanej patelni.
Szum fal kojąco wypełniał ciche oddechy wyznaczające tempo chodu. Niebo, które jeszcze przed chwilą było ciemną pustką, powoli nabierało kolorów. Cała trasa trwa niecałe trzy godziny, jednakże nie do jej końca się spieszyliśmy. Naszym celem były schody prowadzące przez kamienny łącznik pomiędzy dwoma głównymi płaskowyżami półwyspu. Nie tracąc czasu na zbędne przystanki, parliśmy naprzód.
Fot. Bartosz Radwański, Sigma 70-200mm F2.8 DG DN OS | Sports
Wschód słońca na Półwyspie Św. Wawrzyńca – plener idealny dla obiektywów Sigma
Do celu trafiliśmy idealnie na czas, około kwadrans przed wschodem. Słońce już rozpoczynało swój spektakl, rozlewając złocisto-pomarańczową farbę po nieboskłonie. Na okolicznych wzgórzach rozstawieni byli inni pasjonaci fotografii, uważnie doglądając swoich statywów wiszących praktycznie nad przepaścią. Wszystko po to, by uchwycić te parę ujęć, które będą zdobiły ich portfolia. Nie chciałem pozostać w tyle. Zrzuciłem plecak, by wyciągnąć ze środka aparat. Zamocowaną do niego miałem SIGMĘ 24-70 mm Art II. Widok był spektakularny. Dokładnie taki, jaki zapamiętaliśmy z wcześniejszej podróży. Sylwia chwyciła za Sigmę BF, wtórując mi przy kolekcjonowaniu ujęć. Jeszcze przed samym wschodem zamieniliśmy się sprzętem: zacząłem lawirować pomiędzy zgromadzonymi z SIGMĄ BF, zaś Sylwia podmieniła obiektyw na SIGMĘ 70-200 mm. Nic dziwnego, że postanowiła przejść na teleobiektyw – z tego miejsca rozpościera się widok na resztę półwyspu wraz z latarnią stojącą w oddali.
Fot. Bartosz Radwański, Sigma 70-200mm F2.8 DG DN OS | Sports
SIGMA 24-70 mm i 70-200 mm w akcji – fotografowanie detali i panoram
Zostaliśmy w tym miejscu przez paręnaście minut, ciesząc oczy zmianami w otoczeniu. Słońce, które coraz śmielej wznosiło się ponad linię horyzontu naznaczało coraz to cieplejszymi barwami teren. Moglibyśmy tak stać jeszcze długo, ale wiedzieliśmy, że zegar tyka. Do końca szlaku została godzina marszu, potem trzeba jeszcze wrócić do samochodu. A Słońce nie ma w zwyczaju czekać. Ma swoją drogę na niebie do pokonania i konsekwentnie się po nim przemieszcza. Schowaliśmy więc sprzęt, uzupełniliśmy płyny i ruszyliśmy dalej. Chłód poranka zamienił się w przyjemne ciepło. W oddali widać już było malutki sklepik skryty w cieniu palm. Odcinek ten jest dużo lżejszy od poprzedniego. Wzniesienia nie są tak strome, a droga aż tak kręta. Jedynym mankamentem są rzadkie ruchy powietrza, które nawet o tak wczesnej godzinie dało się odczuć. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, by wykonać parę ujęć. Aparat wisiał na ramieniu plecaka, więc był zawsze w gotowości do działania. Wawrzyniec to istna piaskownica dla amatorów fotograficznych przygód. Skały wulkaniczne wchodzące w skład terenu tworzą wspaniałe i malownicze mazaje, które znajdą swoich odbiorców zarówno dla tych, co robią materiały z ziemi jak i z powietrza.
Po około godzinie doszliśmy do małego, niskiego budynku, który zazwyczaj sprzedaje zimne napoje. O tej godzinie był jeszcze zamknięty. Tuż za nim znajdował się koniec trasy jaką można pokonać pieszo. Punkt widokowy z rozległą panoramą całości płaskowyżu oraz ze znajdującą się cztery kilometry dalej latarnią morską. Gdyby było tam miejsce na wbicie własnej flagi, to na pewno byśmy to uczynili, ponieważ widok jest absolutnie nieziemski. Poziom zachwytu i satysfakcji z powodu pokonania trasy potrafi przekręcić parukrotnie każdy wewnętrzny licznik. Usiedliśmy na samotnym kamieniu, aby trochę się zregenerować. Delektowaliśmy się tym miejscem, tym widokiem, tą przestrzenią. Wiatr okalał nasze ciała, targając włosami na prawo i lewo. Nic dziwnego, w końcu to kraniec szlaku.
Praca w duecie – SIGMA 70-200 mm i SIGMA BF w kreatywnej sesji plenerowej
Po paru minutach wstaliśmy oboje trzymając aparaty w ręce. Tym razem to ja dzierżyłem 70-200 mm SIGMY, zaś Sylwia wróciła do aluminiowej perły Sigmy BF. Od kiedy pamiętam fascynuje mnie to, co w oddali, co nieuchwytne. Nic więc dziwnego, że skierowałem soczewkę w stronę tej jednej rzeczy, do której w tym momencie nie mogłem podejść, czyli do latarni. Dzięki 200 mm wydawała się być tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Tak, jakby nie dzieliło nas parę wysp i rozbijające się o nieoceaniczne fale.
Jak sprzęt Sigma pomaga uchwycić emocje i atmosferę miejsca?
W międzyczasie Sylwia postanowiła skorzystać ze swojego asa w rękawie: czerwonej sukni, którą całą drogę nosiła ze sobą. W paru zwinnych ruchach zmieniła ubiór na, o ironio, wieczorowy. Zaczął się taniec. Taniec kobiety nad przepaścią, stąpającą delikatnie nad spienionymi falami bijącymi w litą skałę. Ja również tańczyłem. Na swój pokrętny i pokraczny sposób. Na kucka, z aparatem w ręce. Musiał być to interesujący widok – dwumetrowy, skulony facet wijący się jak w konwulsjach, zarazem celujący teleobiektywem w drobną kobietę. Na szczęście ból w kolanach był wart efektów: dzięki niskiej przysłonie Sigmy 70-200 mm udało mi się złapać parę romantycznych kadrów z ostrością ustawioną na klifach, z żoną rozmytą niczym plany o kolejnej wyprawie.
Fot. Bartosz Radwański, SIGMA BF + SIGMA 35mm F2 DG | Contemporary
Powrót z wyprawy – jak zdjęcia z SIGMA BF oddają klimat Madery?
Zadowoleni z efektów postanowiliśmy wracać. Słońce wznosiło się coraz bardziej, wraz z ryzykiem powrotu w ukropie. Po szybkim przebraniu przez Sylwię pożegnaliśmy się z latarnią, spojrzeliśmy po raz ostatni na spektakularną panoramę całego półwyspu, po czym ruszyliśmy po własnych śladach z powrotem. Po drodze mijaliśmy coraz gęstszy tłum turystów raz to przyjeżdżających wynajętymi samochodami, raz to wylewającymi się tłumnie z przepełnionych autokarów.
Zdążyliśmy wejść do naszego pojazdu, zanim ten zdążył się dobrze nagrzać w środku. Wsadziłem kluczyki do stacyjki. Ruszyliśmy z miejsca. Mijaliśmy dziesiątki, jak nie setki aut zaparkowanych wszędzie, gdzie tylko pozwalał na to chociaż kawałek gruntu. Sylwia przeglądała zdjęcia na SIGMIE BF siedząc obok i kiwając głową w aprobacie. Otworzyłem okna na oścież, pozwalając oceanicznemu powietrzu wlać się do środka samochodu. Spojrzałem ostatni raz w boczne lusterko, gdzie w oddali stała ona. Samotna latarnia na końcu Półwyspu Świętego Wawrzyńca. Ona była już za nami. A przed nami?
Fot. Bartosz Radwański, Sigma BF + Sigma 35mm F2 DG | Contemporary
Fot. Bartosz Radwański, Sigma BF
Bartosz Radwański
Fotograf, który łączy podróżniczy instynkt z wrażliwością na codzienność. Z aparatem w ręku odkrywa rytm ulicy, monumentalność krajobrazów i ulotne piękno chwil. Jego zdjęcia ukazują świat w świetle, cieniu i emocjach.
Jak mówi o swojej fotograficznej pasji?
„Gdybym mógł, spakowałbym plecak i ruszył przed siebie z aparatem – bez planu, bez daty powrotu. Na razie balansuję między marzeniem a rzeczywistością. Łapię to, co przede mną: rytm ulicy, przestrzeń krajobrazu, piękno chwili. Mimo, że czas na ich doświadczanie jest ograniczony, delektuję się ich każdą sekundą.”
Więcej zdjęć Bartka znajdziecie na Instagramie.



