Dlaczego 35mm F1.4 Mark II
Siedzę w pociągu z Warszawy do Gdańska. Jadę na trzygodzinną sesję, po czym wsiadam z powrotem i wracam do Warszawy, tylko po to, żeby przetestować kolejną „trzydziestkę piątkę”. Tak dokładnie: już szóstą od Sigmy, odkąd przesiadłem się na system Sony. A jeśli dorzucić do tego wszystkie 35-ki jakie miałem w ręku, pomysł wypuszczania wersji Mark II o tej ogniskowej wydaje się jeszcze bardziej szalony niż moja podróż…
Jest jednak jeden wyjątek. Jeśli ten obiektyw jest wyjątkowy, warto stworzyć mu wyjątkowe warunki i zrobić wyjątkowe zdjęcia. I wystarczyło wziąć go do ręki, żeby poczuć, że tak jest.
Pierwszy kontakt. Mniejsza, lżejsza, ale czy lepsza?
Nowa SIGMA 35mm f/1.4 DG II Art jest około 20% lżejsza i około 14% mniejsza od poprzednika. To robi wrażenie – zwłaszcza że w dłoni nie czuć żadnych kompromisów. Konstrukcja jest solidna, metalowa, dopracowana w detalach, z uszczelnieniami na kurz i zachlapania oraz z nową, elegancką typografią na tubusie. Przez cały czas, wracało do mnie jedno pytanie: jak to możliwe, że przy podobnym standardzie materiałów Sigma zbudowała obiektyw ważący zaledwie 530 g – czyli o około 130 g mniej niż legendarna Sigma 35mm f/1.4 DG HSM Art, którą pamięta chyba każdy kto korzystał z lustrzanek w tamtych latach. Do tego dochodzi rzecz praktyczna: średnica filtra 67 mm została zachowana z poprzedniej wersji, więc temat filtrów wciąż jest przyjazny cenowo i logistycznie.
Co zmieniło się w środku?
Skoro konstrukcja jest tak mała i tak lekka, rozsądek podpowiada: „musi być jakiś koszt”. Mniej szkła? Gorszy AF? Nic bardziej mylnego, w środku nadal jest pełnoprawna, ambitna optyka. Różnica dzieje się gdzie indziej: w tym, jak obiektyw ogniskuje i jaką technologią porusza większymi grupami soczewek. Sigma mówi tu o Dual HLA i konstrukcji typu floating focus, brzmi nerdowsko, ale mnie interesuje tylko jedno: czy działa, przy realnej pracy?
Autofokus. Bez prawie i bez czasem
Działa. Testuję ten obiektyw na nowym korpusie (Sony a7V) i nie mogę wyjść z podziwu, jak ten duet się uzupełnia. Autofokus jest bezgłośny, szybki i powtarzalny. Nie ma tu „prawie”, „czasem” ani „w większości przypadków”. To nie jest obiektyw ze średniej półki, który ma być „wystarczająco dobry”. Art dzisiaj oznacza premium i w praktyce czuć to od pierwszych klatek.
Tu nie ma miękkiej gry
AF trudno pokazać w artykule, ale ostrość i jakość obrazu, bardzo łatwo. Już na podglądzie widziałem, że mam do czynienia z jednym z najostrzejszych obiektywów, jakie noszę w torbie. Największe wrażenie zrobił na mnie mikrokontrast: detale są czytelne, krawędzie czyste, a obraz ostry nawet przy pełnym otworze. Do tego dochodzi rzecz, której nie da się nie docenić: brak aberracji chromatycznych czyli upierdliwych obwódek i farbowania w trudnych kontrastach. Oczywiście, wiele rzeczy da się skorygować w postprodukcji ale prawdziwy komfort zaczyna się wtedy, gdy nie musisz tego robić. Dodatkowo obiektyw świetnie sobie radzi w pracy pod światło, nie ma flar i duszków za to naprawdę przyjemnie rozprasza i zmiękcza wpadające do niego światło.
Ostre, ale nie kliniczne - przyjemnie
Zwykle jest tak: kiedy szkło jest ekstremalnie ostre, cierpi na tym charakter rozmycia. Bokeh potrafi zrobić się nerwowy, „techniczny”, zbyt kliniczny. A jednak tutaj tego nie czuję. Rozmycie zostaje miękkie i plastyczne – takie, które nie odciąga uwagi od zdjęcia, tylko je domyka. Nie wiem, jak inżynierowie z Aizu potrafią pogodzić miękkość z tą ostrością i kontrastem, ale efekty ocenicie sami na zdjęciach poniżej.
Czy w zalewie trzydziestek piątek da się jeszcze czymś zabłysnąć
Mam wrażenie, że niedługo zakup 35 mm będzie przypominał zakup sprzętu AGD: wchodzisz do sklepu, widzisz długą listę produktów o tej samej ogniskowej, różniących się tajemniczymi skrótami i oznaczeniami, a potem wybierasz „najlepszy”, patrząc na gwiazdki. W tym całym zalewie nowa Sigma naprawdę błyszczy. Jakością wykonania, kulturą pracy autofocusa i samym obrazem – to jest poziom, który spokojnie można nazwać narzędziem dla profesjonalistów.
Dla kogo jest ta 35 mm
Jeśli 35 mm jest Twoją podstawową ogniskową – w reportażu, ślubach, portrecie, rodzinie, street, a nawet w tych zastosowaniach, w których liczy się szybkość i pewność – ta Sigma jest dokładnie tym typem obiektywu, który po prostu zostaje na aparacie.
Autorem zdjęć z backstage jest Adam Kozłowski.
Tomasz Tołłoczko
Z zawodu fotograf. Doświadczenie zdobywał już od najmłodszych lat. Po raz pierwszy z fotografią analogową i cyfrową, a także tajnikami pracy w ciemni i programami do obróbki zdjęć, zetknął się w liceum w Stanach Zjednoczonych. Studia z historii sztuki pozwoliły Tomaszowi opisywać dzieła sztuki od kompozycji, poprzez kolor i plastykę. W dużej mierze pomaga to dzisiaj w realizacji prac. Za aparat chwycił już jako młody chłopak. Kilka godzin dziennie wraz z kolegami jeździł na deskorolce i zależało mu, aby na zdjęciach uchwycić tę dynamikę i ruch. Znajomości w sportowym środowisku przyczyniły się do rozwoju kariery fotografa snowboardowego. Z aparatem jeździł po świecie i wspinał się na szczyty. Zakochał się w tych krajobrazach. Lubi do nich wracać, aby przypomnieć sobie tamte dni. Z czasem na tapecie pojawił się temat fotografii ślubnej. Początkowo wykonywał zdjęcia jedynie dla znajomych. Jednak ilość zleceń ślubnych diametralnie wzrosła, dzięki czemu zaczął funkcjonować w branży, jako zawodowy fotograf ślubny. Nigdy nie chciał być kojarzony z jednym typem fotografii. Kocha to, co robi. Do fotografii ślubnej podchodzi w sposób indywidualny. Radość odnajduje w nawiązywaniu nowych znajomości, dokumentowaniu życia ludzi oraz wdrażaniu swoich pomysłów.
Jak sam mówi: „Fotografia dla mnie jest relacją z drugim człowiekiem, która zostaje uwieczniona na obrazie. Patrząc na zdjęcie wracamy myślami, nie tylko do miejsca, ludzi i emocji, które są na zdjęciu, ale także do relacji z tym, który to zdjęcie wykonał.”



